Góry Sowie z psem

Hejka naklejka! Witajcie w 2022 roku. Trochę nas tu nie było, ale ostatnio mamy sporo spraw na głowie w związku z kupnem mieszkania i przeprowadzką. Nie oznacza to jednak, że siedzimy w domu i nigdzie jeździmy! Na naszą pierwszą wycieczkę w 2022 roku postanowiliśmy wybrać się w Góry Sowie z psem, około 80 kilometrów od Wrocławia.

Góry Sowie z psem. Na początek coś lekkiego

Wiedząc, że nie chcieliśmy tego weekendu chodzić po górach ponad 20 kilometrów, wstaliśmy sobie w sobotę nieco później i wyjechaliśmy około godziny 9:40. Na miejsce zajechaliśmy tuż po 11. We Wrocławiu śniegu nie było, ale im bliżej miejsca docelowego tym zimniej i śnieżniej. Na szczęście byliśmy zaopatrzeni w ciepłe ubrania i byliśmy zachwyceni śniegiem.

W sumie to nasz pierwszy raz w górach na biało, wcześniej zdobyliśmy tylko Ślężę. Po szczytach chodziliśmy dotychczas latem, ale zimą pokochaliśmy je całkiem niedawno. Nasze nasze trasy nie są jednak hardkorowe. Nie chcemy forsować naszego beagla, który mógł się odzwyczaić od takich wycieczek i stracić nieco formy. Dodatkowo od września mieliśmy przerwę w spacerach po górskich szczytach, postanowiliśmy wybrać na początek coś lekkiego.

Etap pierwszy – zdobywamy Grabinę

Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu nad Sowim Potokiem. Następnie szlakiem niebieskim ruszyliśmy na Lisie Skały. Droga wiodła dość stromo i bardzo kręto, ale okazało się, że tego dnia to najtrudniejszy etap całej wycieczki. Płynące pod lodem strumyki sprawiały, że trzeba było ostrożnie stawiać kroki. Nie tylko żeby nie zmoczyć butów, ale też żeby się nie poślizgnąć. Po drodze zdobyliśmy się na małą zdjęciową sesję, którą możecie zobaczyć na naszym Instagramie.

Po zakręcie w prawo ścieżka nieco uspokaja się i nie jest aż tak stroma. Jest za to dosyć wąska. Po lewej stronie mamy wysoko idący teren lesisty, z kolei na dole również jest stromo i łatwo o lęk wysokości. Różnica wysokości już na tym etapie jest duża, dlatego tym bardziej trzeba uważać.

Idąc niebieskim szlakiem dotarliśmy do Rozdroża Pod Lisimi Skałami, które jest na wysokości 821 metrów (zaczynaliśmy od 697 metrów, a to dopiero pół godziny drogi). Za 10 minut trafiamy na Lisie Skały, które nie dość, że są duże i bardzo ładne, to z rozpościera się z nich widok na stok narciarski w Rzeczce. Jeżdżący po stoku narciarze wydają się bardzo mali, a widok zachwyca każdego miłośnika gór.

Stamtąd można wybrać szlak zielony, by nieco skrócić sobie drogę. My wybraliśmy drogę wiodącą dalej szlakiem niebieskim, gdzie trafiliśmy na Grabinę (945 m n.p.m) i o 10 metrów niższe wzniesienie Koziołki. Nie są to spektakularne szczyty. Szczerze mówiąc, nawet nie zauważycie, kiedy na nie wejdziecie. Na ich niekorzyść krajobrazową działają wysoko wyrośnięte drzewa. Nie ma co się jednak przejmować, bo dalsze etapy są piękne.

Góry Sowie z psem – Niedźwiedzia Skała

Idąc dalej niebieskim szlakiem trafiliśmy na Rozdroże pod Kozią Równią. Trasa od Lisich Skał jest bardzo łagodna, idealna na spacerek nawet dla nieprzyzwyczajonych do gór turystów. Tam skręciliśmy w lewo na szlak czerwony, gdzie stała Niedźwiedzia Skała. W skale została wmurowana tablica pamiątkowa poświęconą Hermannowi Henkelowi, który bardzo pomógł w promocji Gór Sowich, wytyczaniu tam szlaków i budowy schronisk. Był także propagatorem sportów zimowych w tej części Dolnego Śląska.

Tuż za skałą stoi Kozia Równia (930 metrów), do której nie prowadzi jednak żadne szlak. Można pod nią usiąść na dłużej. My właśnie tak zrobiliśmy, wypiliśmy trochę wody, pyszną herbatkę z termosu i ruszyliśmy dalej.

Kozie Siodło

Idąc przez około 40 minut czerwonym szlakiem trafiamy na Kozie Siodło. To dość duża, płaska powierzchnia, która dla turystów jest miejscem wszelkich spotkań. Spotykają się tu bowiem szlaki: zielony (ten, o którym pisaliśmy, by wybrać krótszą trasę), żółty, czerwony i czarny. Z tej krzyżówki dojść można praktycznie wszędzie.

Jako że lubimy okrągłe trasy, poszliśmy dalej żółtym szlakiem, który tym razem zaczął schodzić mocno w dół. Tam za około pół godziny spaceru spotkaliśmy na wysokości 875 metrów Schronisko Sowa. Niestety, nie zachwyca ono ani wyglądem, ani gościnnością. Przede wszystkim zabolało nas to, że przodem do rozdroża szlaków żółtego i czerwonego stoi kompletnie zaniedbany ogród. Na budynku również nie widnieje żadna reklama. Minęliśmy schronisko zupełnie nie zdając sobie sprawy, że to jest właśnie ten budynek.

Kawka i ciasteczko

Na szczęście skręciliśmy w lewo na czerwony szlak, gdzie po krótszym spacerze trafiliśmy na Schronisko Orzeł. Tam posililiśmy się owocową herbatką, pysznym cappuccino i robionym na miejscu jabłecznikiem, który bije na głowę większość, które jedliśmy. Drynio otrzymał od nas kilka smaczków na zyskanie sił i – przede wszystkim – cierpliwości. Musieliśmy odciągnąć jego uwagę z powodu kiełbasek na rozpalonym nieopodal grillu.

Ze Schroniska Orzeł również jest piękny widok na stok narciarski. Wycieczka niestety musiała powoli dobiegać końca. Coraz bliżej byliśmy drogi prowadzącej na parking. Schodząc tam zapamiętaliśmy, że należy iść po lewej stronie. Jezdnia jest bowiem bardzo wąska. Ledwo mieszczą się tam mijające samochody, a co dopiero z turystami.

Podsumowanie

Trasa mierzyła łącznie 10,3 kilometrów, na co złożyło się łącznie 432 metrów podejścia i tyle samo zejścia. Po drodze spotkać można wiele malowniczych ścieżek, piękne krajobrazy i – przede wszystkim – święty spokój. Przez całe 10 kilometrów spotkaliśmy raptem kilka osób. Drynio mógł swobodnie się wyszaleć, chodzić od lewej do prawej, podążać za tropem innych turystów i w końcu przypomnieć sobie, jak to jest być w górach!

Mapa Turystyczna podpowiedziała nam, że całość powinna wynieść ok. 3 godziny i 21 minut. Jako że my nie jesteśmy sprinterami, pokonaliśmy ten dystans w nieco ponad 4 godziny. Zdecydowanie polecamy taką formę aktywnego wypoczynku. Wasze psy Wam za to podziękują.

Łapa, Drynio!